piątek, 9 listopada 2012

Please Don't Say You Love Me: GARRY



Please Don’t Say You Love Me

Objętość: 6 766 słów

Opis: Alkohol I inne używki nie zastąpią miłości. Przyjaźń nigdy nie stanie się głębokim uczuciem, jeśli nie włożymy w nią czegoś „swojego”. Życie nigdy nie będzie życiem, jeśli nie odnajdzie się celu, do którego chce się dążyć. Jednak, co jeśli jest się tak kompletnie wyniszczonym… że wszystko jest obojętne? Że nic tak naprawdę się nie liczy? A kiedy myśli, że to już koniec i leży, czekając na śmierć, nagle znajdzie się ktoś, kto chce tej śmierci zapobiec?

Harry był naprawdę blisko krawędzi. Tak blisko, że nawet nie pamięta, kiedy granica się zatarła. Umarłby… gdyby nie uratował go nieznajomy. Teraz czuje, że powinien mu podziękować, ale nie wie jak, a tym bardziej jak go znaleźć. Bo dzięki listowi, znalezionym przy swoim szpitalnym łóżku, nagle poczuł, że ktoś uważa go za ważnego.

George jest nikim w swoim mniemaniu. Nigdy nie miał ważnych osób w swoim beztroskim życiu. Ojciec traktował go z dystansem, a matka wolała jego młodszego brata. Wiecznie poniżany i wyśmiewany w końcu zobaczył kogoś… kto może stać się jego odskocznią. I pokazać mu, że inność nie jest zła. Że inność jest fascynująca i jest powodem do dumy.

„Ale proszę… nie mów, że mnie kochasz.”

Pairing: Harry Styles I George Shelley (Garry)

Występują również: Niall Horan, Louis Tomlinson, Josh Curtbeth, Jamie (JJ) Hamblett.

Piosenka przewodnia: Gabriela Aplin – Please Don’t Say You Love Me

Motto: Just please don't say you love me, because I might not say it back, doesn't mean my heart stops skipping, when you look at me like that”






  Wtorek, 18:37
- Oj nie przesadzaj, Harry… nie wychodziłeś przez całe dwa tygodnie! – jęczał mi nad uchem mój najlepszy przyjaciel, Louis Tomlinson, stojąc w progu mojego małego i zagraconego mieszkania, które dzieliłem z współlokatorem, Niallem; obydwoje wprost ubóstwialiśmy bałagan, Niall lepiej się nawet w nim odnajdywał niż ja. – Nie możesz od czasu do czasu się rozerwać?
Spojrzałem na niego z politowaniem, wzdychając głośno i trochę zbyt ostentacyjnie, poprawiając loki, które opadły  mi na czoło. Louis przytupywał nogą, czekając na jakąkolwiek odpowiedź z mojej strony, a ja czułem się osaczony, pod ostrzałem jego niebieskich oczu, które narzucały mi, co mam powiedzieć. Najchętniej zignorowałbym Louis’ego i rzucił się na kanapę, przykrywając kocem. Nie chciało mi się nigdzie wychodzić, a szczególnie do jakiegoś miejsca publicznego. Klubu, na przykład. Wystarczająco dużo godzin spędziłem w swoim życiu na pijaństwie, które dodawało animuszu i pewności siebie. Zatapiałem się w alkoholu. Chciałem przestać, ale… nie potrafiłem.
Gdy piłem, zapominałem. Gdy wypalałem już drugą połowę paczki (chociaż obiecywałem sobie wcześniej, że zapalę maksymalnie dziesięć papierosów), zapominałem. Wszystko wydawało się być ucieczką… od życia, tak myślę. Tego okrutnego i cierniowego życia, które kuło mnie tak mocno, że krwawiłem. Nie miałem pojęcia, jak powinienem do rozegrać. Nie chciałem się starać. Po co to robić, skoro i tak się stoczę? To bezsensowne, jak większość rzeczy, które się robi w życiu.
Everything is pointless.
Może dlatego wtedy, zamiast odmówić Louis’emu powiedziałem „tak”? Kto wie. Ważne, że podjąłem decyzję, dziesięć minut potem zakładając na siebie swoją skórzaną kurtkę i zamykając mieszkanie na klucz, zostawiając Niallowi wiadomość, że będę w nocy albo nad ranem. Bo skoro był środek tygodnia… to mogłem wrócić później, by wymigać się do pójścia na wykłady następnego dnia. W końcu kac sam się nie wyleczy.
Jednak tamtego wieczora byłem na granicy szaleństwa, na granicy wytrzymałości. Czułem, że jeśli czegoś nie zrobię, to kompletnie zwariuję, ale nie miałem pojęcia, co to powinno być. Może mam skoczyć z dachu? Albo zalać się w trupa? W każdym razie, miałem dosyć siebie, dosyć otaczającego mnie świata i dosyć czegokolwiek wokół mnie. Najchętniej wymazałbym to wszystko ogromną gumką. I może przy okazji wymazałbym także siebie.
Małą, pozorną, nic nie znaczącą istotkę. Tak malutką, że aż mikroskopijną. Wyglądającą na olbrzyma, ale tak naprawdę skrywającą popękaną duszę, której nie da się już posklejać. Rozpadła się na kawałki po rozwodzie rodziców. Dawno temu, miałem może jakieś siedem lat. Nie potrafiłem się z tym pogodzić, obarczałem siebie winą. Bo byłem w jakimś stopniu winny; nikt mi nigdy nie powiedział, że nie. Moja siostra, Gemma zamknęła się we własnym świecie, ale jakoś się pozbierała. Lecz nikt nie zainteresował się… mną. Bo udawałem za maską, że wszystko jest w porządku. Chyba nie muszę mówić, że nie było?
Stałem się upadłym aniołem, pozornie wesołym, w głębi umierającym, czekającym na dobijający cios. Czekałem na niego, jak na błogosławieństwo, ale nie nadchodził. Powoli zaczynałem wątpić, dlatego wziąłem sprawy w swoje ręce.
Może dlatego wtedy, gdy poszliśmy z Louis’m do klubu, piłem wszystko, co mi oferowano. Pod koniec nie przeszkadzała mi nawet duchota, panująca w klubie, ani napalone i niezaspokojone laski ocierające się o mnie. Nie chciałem ich, wolałem chłopaków, ale taktownie udawałem, że interesuje mnie i pochłania taniec z nimi. Jestem czymś, czego nigdy nie zasmakują. Jakby zakazanym owocem, opierającym się nogami i rękami. Te dziewczyny nigdy nie będą tym, czy chciałem, by były.
Zdusiłem w sobie odruch wymiotny, gdy jedna z nich chwyciła lekko mój pośladek. Nie mogłem już wytrzymać, to było ponad moje siły. Z siłą odepchnąłem ten harem i rzuciłem się pędem do łazienki, potykając się o własne nogi. Nigdzie nie widziałem Lou, ale moim celem było dotarcie do kabiny i wyrzucenie z siebie wszystkiego, co niepotrzebne. Dławiłem się tym. W końcu, gdy chwyciłem się lewą ręką muszli klozetowej, klęcząc przed nią na kolanach w zamkniętej kabinie, wszystkie mdłości przeszły mi jak ręką odjąć.
Oddychając szybko, dotknąłem czołem zimnego gipsu, czując pulsujący ból w skroniach. Zmarszczyłem mocno brwi, ale to nie pomogło. Chwiejnie wstałem, czując, jakby moje nogi ważyły z tonę. Poczłapałem na zewnątrz łazienki, rozglądając się za Louis’m, ale nigdzie go nie było. W moim umyśle odzywał się instynkt zabójcy. O, nie, nie miałem zamiaru zabić nikogo innego oprócz… siebie. I teraz nikt nie był w stanie mi przeszkodzić.
W mojej kieszeni grzechotało opakowanie bardzo silnych tabletek przeciwbólowych, potrafiących zabić ludzi, którzy mają chociaż śladowe ilości alkoholu we krwi. Więc mi starczyła tylko jena tabletka. Taka mała i niepozorna tabletka, zupełnie jak ja. A tyle potrafiła zdziałać.
Miała wielką moc.
Nie do końca wiedząc, co zamierzam zrobić ani gdzie się udać, zacząłem się pchać pomiędzy pijanymi ludźmi. W tym szaleństwie jest metoda.

Noc była czarna, tak samo jak chodnik, po którym stąpałem. Kostka zlewała się w jedno. Usiadłem gdzieś na krawężniku, nie przejmując się krzywo patrzącymi na mnie ludźmi i wyjąłem z kieszeni opakowanie i wysunąłem na środek ręki jedną, białą pigułkę. Przyglądałem się jej, ślizgając ją pomiędzy palcami, kciukiem i wskazującym, wpatrując się w nią, jak zahipnotyzowany. To miał być koniec. Nawet z nikim się nie pożegnałem. Nikt nie wiedział, jaki czeka mnie los. Lou pewnie się martwi, gdzie jestem.
Powoli włożyłem ją do ust i czując słodkawy posmak otoczki, połknąłem bez popijania. Teraz wystarczy czekać na efekty. Naprawdę, dużo czasu nie minęło, gdy obraz zaczął mi się rozmazywać. Ach, jak błogo, nic nie czuć w kończynach. Jak błogo uderzyć policzkiem o beton i nie czuć nawet jego zimna. To wszystko jest takie…. Inne.
A myślałem, że umieranie boli. Głupi ja.
  Środa, 01:50
Wisiałem na ramieniu JJ’a i Josha, podśmiechując się cały czas jak szalony. Dobrze wiedziałem, że to niezbyt odpowiedni czas, na tego typu imprezy, ale nie potrafiłem odmówić moim najlepszym kumplom. Szczególnie, że oblewaliśmy zdanie przeze mnie prawa jazdy. Jakoś wcześniej nie potrafiłem się na to zebrać, ale kiedy przeprowadziłem się z Bristolu do Londynu musiałem zacząć być niezależny. Mieszkałem z nimi, ale zarabiałem już na swój własny rachunek. Czas stać się dorosłym.
Tylko, że nikt nie zapytał mnie, czy chcę być dorosły. Rodzice po prostu dali mi znać, że mam zapełnione konto i mam się wyprowadzić, bo ich młodszy, lepszy syn musi mieć więcej miejsca do rozwoju. Czasami nienawidziłem go za to, że skupiał na sobie całą ich uwagę. Od kiedy się urodził, stałem się nikim. Nie, żebym przedtem był kimś. Przedtem też byłem nikim, ale bardziej kimś. Wiem, skomplikowane. I chyba tylko ja to zrozumiem.
JJ i Josh poniekąd zastępowali mi prawdziwą rodzinę, której nigdy nie miałem. Byli dla mnie jak bracia, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że mimo wszystko z mojej strony jest jakiś dystans. Ale oni zachowywali się jak na braci przystało – nadal trwali u mojego boku. I świetnie dogadywaliśmy się mimo różnicy wieku. Ja byłem tym najmłodszym. Jak zwykle…
Czknąłem cicho (a przynajmniej miałem nadzieję, że cicho), a JJ i Josh zaczęli się śmiać, chwytając się za brzuchy. Starałem się zachować powagę, ale nie mogłem. Po chwili razem z nimi zataczałem się ze śmiechu po opustoszałej ulicy Londynu.
Nagle, gdy skręciliśmy w lewo, zauważyłem, jak ktoś leży, może jakieś dwieście metrów przed nami; jednak tylko ja widziałem tą nienaturalnie przekrzywioną sylwetkę. Zatrzymałem się, a JJ i Josh zaprotestowali pijacko. Zmarszczyłem brwi i zmrużyłem oczy, próbując wyostrzyć obraz.
- Ktoś… ktoś tam jest - mruknąłem, a JJ przerwał mi:
- Pewnie jakiś pijak, nie przejmuj się nim, George!
Zobaczyłem, jak postać przewraca się na plecy, a następnie zamiera. Może JJ miał rację i to był tylko włóczęga zamroczony wódką. Jak gdyby nigdy nic ruszyliśmy dalej ulicą, coraz bardziej zbliżając się do tego człowieka. Gdy przeszliśmy obok niego, zauważyłem, że wcale się nie rusza. To mnie zaalarmowało.
- Ej, chłopaki, z nim naprawdę chyba jest coś nie tak – powiedziałem, a język nadal plątał mi się lekko przez alkohol. – Zobaczcie… nie wygląda na bezdomnego.
Pomimo protestów Josh’a i JJ’a kucnąłem, chwiejąc się, przy chłopaku. Wyglądał na mniej więcej tyle samo lat, co ja. Jego kręcone, brązowe włosy opadały mu lekko na twarz, a oczy były zamknięte. Oddychał szybko, a w ręce trzymał opakowanie tabletek. Otworzyłem szerzej oczy ze zdziwienia, nie mogąc pokojarzyć aktów przez promile, ale gdy dotarła do mnie powaga sytuacji, od razu sięgnąłem po telefon.
- Pogotowie ratunkowe, w czym mogę pomóc? – usłyszałem kobietę po drugiej stronie.
- Znalazłem nieprzytomnego chłopaka na rogu Greater London i Bateman Street. – zacząłem mówić, a serce waliło mi jak szalone.
- Wiadomo, dlaczego stracił przytomność? – gdybym mógł, to chyba walnąłbym tą kobietę.
- Nie wiem, przecież go znalazłem, tak? – warknąłem, trochę niegrzecznie, a za mną JJ zachichotał.
- Karetka jest w drodze, a w tym czasie, proszę mi powiedzieć, czy czuć u poszkodowanego puls? – chwyciłem niezdarnie przedramię chłopaka i chwyciłem go dwoma palcami za nadgarstek; jeszcze żył…
- Tak, wyczuwam puls – odpowiedziałem, odkładając rękę na brzuch nieznajomego.
- Proszę ułożyć go w pozycji na plecach i jeśli można, proszę trzymać nogi poszkodowanego w górze – przywołałem JJ’a gestem ręki, nakazując mu, by trzymał nogi chłopaka; Josh ukucnął obok mnie, podkładając mu swoją kurtkę pod głowę. – Oraz rozluźnić odzienie wierzchnie przy szyi. –rozpiąłem mu kilka guzików koszuli. – I zapewnić mu dostęp do świeżego powietrza.
Miałem ochotę krzyknąć, że jesteśmy na dworze, ale zamiast tego westchnąłem, trąc skroń. Kto wpuścił tą kobietę na to stanowisko i czy ona kiedykolwiek słucha, co się do niej mówi? Para wyleciał z moich ust. Było już trochę zimno. Dlaczego wcześniej tego nie zauważyłem? Gdzieś z daleka zaczął dochodzić odgłos karetki. Nareszcie!
- Josh, weź na nich pomachaj, bo jeszcze nie dotrą – praktycznie już trzeźwy, nakazałem kumplowi, który kiwnął głową i powoli opuścił nogi „poszkodowanego”, jak to ujęła pani z centrali i zaczął wymachiwać do karetki, która wjechała na naszą ulicę, robiąc dużo hałasu.
Od razu wyleciało z niej kilkoro ludzi i kazali nam się do niego odsunąć, co też z niechęcią zrobiliśmy. Krzątali się przy nim, a ja stałem jak kłoda, nie wiedząc, co powinienem zrobić. Czy się ruszyć, czy im pomóc, czy co… oddychałem szybko, nie mogąc poradzić sobie z tak skrajnymi emocjami, gdy nagle…
- Tracimy go! – krzyknął głośno lekarz w czerwonym kombinezonie, pochylając się nad bezwładnym ciałem chłopaka – Dajcie defibrylator! Szybko!
Zaczął mu robić masaż serca, podczas, gdy pielęgniarze przynieśli jakąś skrzynkę. I wtuliłem się w ramię JJ’a, nie mogąc patrzeć jak będą go reanimować. To było ponad moje siły. Chyba należę do tego typu ludzi, którzy nie wytrzymują zbyt wiele. Słyszałem wstrząsy elektryczne i do mojej wyobraźni zakradła się wizja wstrząsanego impulsami ciała chłopaka. Drgnąłem, gdy ktoś położył mi rękę na ramieniu. Był to jeden z pielęgniarzy.
- Mamy go! – ryknął do personelu lekarz – Szybko, nosze i podajcie mu kroplówkę oczyszczającą, chyba nałykał się leków.
Ten, który stał przy mnie, zignorował polecenia przełożonego i zanim niechętnie powlókł się do zadań, rzekł do mnie:
- Jeden z panów musi z nami jechać, by wypełnić papiery.
Spojrzeliśmy po sobie z chłopakami. Wiedziałem, że to ja powinienem pojechać. Nie dlatego, że czułem się winny czy coś. Po prostu, tak podpowiadał mi mój głos wewnętrzny. Westchnąłem i wyswobodziłem się z uścisku przyjaciela, zawiadamiając ich, że to ja jadę. Nie protestowali, byli nie mniej zszokowani niż ja, ale wiedziałem, że do niczego się raczej nie przydadzą w tym stanie – nawet gorszym od mojego. Dlatego też wsiadłem do karetki, przy kierowcy i marzyłem, by ten koszmar się skończył, albo by okazał się tylko złym snem.

Drżącą ręką wypełniałem jakiś dokument, wpisując swoje dane. Mimo alkoholu we krwi, niemiła przygoda miała na mnie bardzo dobry wpływ i prawie całkowicie wytrzeźwiałem, ze stresu. Do tego stopnia się denerwowałem, że chcieli podać mi jakieś leki, ale nie mogli ze względu na ten durny alkohol. Długopis wyślizgiwał mi się z ręki raz za razem, a ja nie mogłem nic na to poradzić. Uparcie nadal wypełniałem rubryczki, a gdy skończyłem, oddałem papierek do recepcji.
Zawahałem się przez chwilę, po czym poprosiłem recepcjonistkę (bo na pielęgniarkę nie wyglądała)czy może mi dać czystą kartkę papieru. I zapytałem się, czy mogę odwiedzić tego chłopaka, którego uratowałem – bo tak stwierdził lekarz – a ona poszła zapytać się oddziałowej.
Po jakiś piętnastu minutach czekania pozwolono mi pójść do jego sali. Z racji tego, że nie należałem do jego bliskich ani rodziny, nie powiadomiono mnie o stanie jego zdrowia w szczegółach – poza tym, że jego stan jest stabilny -, ale wpuszczono na jakieś kilka minut do jego „klitki”. Leżał pod białą kołdrą, z mnóstwem dziwnych rurek, przypiętych do rąk - oraz nosa by ułatwić mu oddychanie. Usiadłem sobie na plastikowym, składanym krześle przy jego łóżku i podsunąłem sobie stoliczek na kółkach, by mieć podparcie. I zacząłem pisać.
Po mojej głowie przelatywało tyle myśli. Dlaczego to zrobił? Czy może też był tak samotny jak ja? Czy może był inny? Czy ktoś go do tego namówił? Jakiekolwiek były przyczyny nieudanego samobójstwa, chłopak – a dokładnie Harry Styles, jak przeczytałem z tabliczki przy łóżku (pewnie musiał mieć przy sobie jakieś dokumenty) – ewidentnie został wyniszczony przez życie.
Zaśmiałem się gorzko do samego siebie.
Zupełnie jak ja, przeszło mi przez myśl, gdy pochylałem się nad kartką papieru, by zacząć pisać; tylko co powinienem napisać?
Hej, to ja ( i moi koledzy) cię znalazłem, gdy umierałeś…
To musiałoby być dołujące, coś takiego czytać. Skreśliłem te słowa i zacząłem od nowa.
Hej, mam na imię George Shelley i tak jak ty…
A potem słowa popłynęły same.
 Tydzień później,  wtorek, 10:12
Mruknąłem niezadowolony, gdy ktoś trzasnął mocno drzwiami, wybudzając mnie ze stanu pół-snu, albo raczej czymś pomiędzy snem, a jawą, gdzie dryfowałem, jednocześnie świadom otaczającego mnie świata, ale również żyłem czymś nierealnym i czysto fantastycznym. Minął równo tydzień od kiedy próbowałem się zabić. Z marnym skutkiem, jak widać.
Moje ciało odparło atak, ale wycieńczone walką, kompletnie padło. Więc byłem słaby jak mucha, niemogący nawet podnieść swojej szanownej pupci do toalety. Marny jest los niedoszłych self-zabójców. Ale chyba sobie na to zasłużyłem.
Gdy się obudziłem, przy moim łóżku siedzieli jak trusie Niall i Louis, wypłakując się cicho w rękawy, objęci, ale milczący, przepełnieni emocjami. Ich pierwszą reakcją był szok, potem płacz, a następnie krzyk, że „jak ja mogłem im to zrobić i że co sobie myślałem, że moja śmierć rozwiąże wszystkie problemy tego świata?!”, czy jakoś tak. Teoretycznie mieli racje – moja śmierć wiele by rozwiązała, ale że mi się nie udało… będzie inny raz.
Znalazłem także na szafce jakiś świstek papieru, ale ani kumple ani pielęgniarka nie mieli pojęcia, co to, więc wziąłem do ręki i zacząłem przeglądać. Zdziwiłem się co niemiara, gdy okazało się, że jest to… list. Najzwyczajniejszy na świecie list. Napisany drobnym, lekko pochyłym pismem, kompletnie mnie zszokował.
Hej,
Nazywam się George Shelley tak jak ty mam dosyć tego wszystkiego.
Tak, brzmi to trochę banalnie, nie uważasz? Jednak, gdy zastanowisz się nad tym głębiej, widzisz tyle, co ja… czyli wiele. Tak jak ty, myślałem nad tym, by się zabić, ale po zobaczeniu cię bezwładnego na tym chodniku… nie potrafię już sobie odebrać życia. Czy też bym tak wyglądał, z bladą skórą, z różnymi urządzeniami, trzymającymi mnie przy życiu, gdyby znaleziono mnie dostatecznie szybko? Pewnie tak. Czy chcę tak wyglądać? Cóż… już nie. Możesz być z siebie dumny, gdyż właśnie, narażając własne życie, uratowałeś jedno istnienie… moje.
Może to niewiele, ale liczy się tryumf jednostek, nie uważasz?
Mam nadzieję, że jednak wyjdziesz z tego i przeżyjesz. Jeśli nie, to ciekawe, kto czyta ten list teraz. Czuję się w niewytłumaczalny sposób z tobą związany – łączy nas niechęć do tego świata. Może będzie prościej, jeśli po krótce przedstawię ci moją historię, nie jest długa, obiecuję, wiesz nie zanudzisz się, czytając ją. To zaledwie kilka zdań.
Jestem dzieckiem, które zawsze było stawiane na drugim miejscu. Niekochane, wyśmiewane, poniżane. To takie trudne, wstawać i wiedzieć, że nie ma się w nikim oparcia, wiesz? Nikogo nie obchodziłem, nikt nawet nie znał mojego imienia, a jeśli je poznawał, to szybko wypadało mu z głowy. Jestem nikim. Znaczy, byłem, do póki nie poznałem moich kumpli Josh’a i JJ’a, kompletnych wariatów. Oni pokazali mi, że mam na tym świecie kogoś, kto mnie akceptuje… ale to nie to samo, co miłość do kogoś. Jeśli wiesz, co mam na myśli.
Szukam kogoś na stałe, chociaż mam dopiero dziewiętnaście lat. Ty wyglądasz mi na jeszcze starszego, ale to może przez to, że jesteś taki wysoki. Nie wiem. Mam nadzieję, że dożyjesz setki. Na świecie brakuje ludzi takich jak ja i ty; albo inaczej – brakuje czegoś, co by ich zrzeszało, albo zespalało. By mogli dowiedzieć się, że nie są sami, ze swoją nijakością i krzywdą. Że są tacy, którzy chcą ich wysłuchać.
Nikt nie wie, co we mnie naprawdę drzemie… chociaż, nie, teraz ty wiesz. Podzieliłem się z tobą moim sekretem. Mam nadzieję, że nikomu nie powiesz. Pewnie i tak się nie spotkamy, więc może powiem ci coś jeszcze.
Jestem gejem. Ja pierdole, zrobiłem to.
Nie wierzę, że to napisałem. Trochę mi ulżyło, nie powiem. To trudne, przyznać się komukolwiek. Ale nawet jeśli mnie teraz oceniasz, to tego nie widzę i pewnie nie dowiem się, jakie jest twoje zdanie.
Jednak mimo wszystko, chciałbym cię lepiej poznać
Może kiedyś się jeszcze przez przypadek spotkamy, oby w bardziej „sprzyjającej” okoliczności.
George xx
Nie mogłem mógł uwierzyć, że dostałem list od chłopaka, który mnie uratował. Co jakiś czas wpatrywałem się w litery i wąchałem papier, jakby to miało utworzyć obraz mojego wybawiciela w trochę zszarganym umyśle. Jednak nic takiego się nie stało, a jedyne, co pamiętałem z tamtego wieczora, była para bardzo ciemnych, brązowych oczu. A potem chyba straciłem przytomność na dobre. Bo ocknąłem się tutaj. W tym więzieniu, patrolowanym przez nadopiekuńcze pielęgniarki.
Jakby tego było za mało, o moim „wybryku” dowiedziała się także moja rodzina, która przyjechała jakoś w połowie tygodnia, by mi po nawtykać, ale także, by się rozpłakać i załamać  ręce nad moim stanem, jednocześnie chwaląc boga, że żyję. Nie wiedzieli, jak bardzo chciałem mieć to za sobą. Bo gdy zamilkli, nagle zapanowała pomiędzy nami cisza. Nienawidziłem tej ciszy. Kochali mnie, ale ja chyba nie potrafiłem kochać ich. To takie smutne.
Im bliżej byłem wyjścia ze szpitala, tym bardziej chciałem się dowiedzieć, kim był tajemniczy George Shelley, lat dziewiętnaście; bo już wiedziałem, że był wyniszczony przez życie, zupełnie jak ja. Przynajmniej w jednym się zgadzaliśmy.
Piątek, 12:01
Wypisali mnie nareszcie ze szpitala. Gdy podszedłem do lady i zapytałem recepcjonistkę o dane mojego wybawcy. Na początku nie chciała mi ich dać, patrząc na mnie  podejrzanie, ale gdy ochłonąłem i spojrzałem na nią moimi szczenięcymi oczkami rozpłynęła się momentalnie. Walnąłem jej mowę o tym, że trzeba podziękować, za uratowanie życia, bo choć to tylko jedno życie pośród wielu, to jest ważne, bla bla bla i inne duperele. Ale grunt, że to łyknęła.
Drżącą ręką chwyciłem podany mi ukradkiem świstek papieru i schowałem go do kieszeni spodni. Czułem się tak, jakby właśnie została mi przekazana cząstka tamtego chłopaka. Ale także uświadomiłem sobie, że chyba zaczyna mi zależeć na tym, by podziękować mu za to, że… żyję.
Sobota, 14:25
- Błagam cię, JJ, ścisz tooo! – wydarłem się z salonu, oglądając jakiś talk-show, bo nic ciekawego nie leciało w telewizji, czując, jak moja głowa pulsuje od beatów piosenki puszczanej przez mojego współlokatora.
Jednak basy wydawały się dudnić coraz mocniej. Byłem poddenerwowany, bo nie potrafiłem jakoś zdystansować się do zdarzenia sprzed tygodnia. Obraz Harry’ego wypełniał mi głowę i nie mogłem dobrze się wyspać. Ciągle zamiast tego widziałem siebie, to było straszne. On natomiast był tym, który mnie uratował. Nasze role się odwracały… nie miałem pojęcia, co to może oznaczać, ale pewnie nic ważnego. W końcu to tylko sen… powtarzający się od tygodnia ten sam sen. To było męczące.
Byłem na granicy wytrzymałości. Muzyka coraz bardziej mnie denerwowała, aż w końcu, wkurzony udałem się do pokoju JJ’a i odłączyłem mu te pieprzone głośniki od wieży.
- Ej! – oburzył się JJ, leżąc w spodniach od dresu i t-shircie z napisem „Love Is Equal” – Co jest?
- Krzyczę przez cały dom, byś ściszył to gówno! – ryknąłem, nie panując nad sobą.
W drzwiach do pokoju JJ’a stanął Josh z telefonem komórkowym w ręce.
- Whoa, panowie, co tu się dzieje?
Westchnąłem, starając się znowu nie krzyknąć:
- Mówiłem mu, żeby ściszył, ale to nic nie pomagało, więc odłączyłem mu głośniki.
Od razu odezwał się JJ:
- To może trzeba było grzecznie poprosić, zamiast wydzierać się na mnie?
- To może trzeba było ściszyć muzykę, byś chociaż mnie słyszał, co?! – ponownie traciłem kontrolę, ściskając ręce w pięści.
- Okej, okej, chłopcy, spokojnie – Josh starał się załagodzić napięcie pomiędzy nami; włożyłem ręce do kieszeni bluzy – JJ, ścisz muzykę, a ty George idź na zakupy, dobrze?
Co?! Znowu miałem się ruszyć, bo im się nie chciało? Teoretycznie powinienem odmówić, ale potrzebowałem wyrwać się z tego wariatkowa. I to jak najszybciej. Wziąłem do Josha zwinięte banknoty, które trzymał w ręce i byle jak nałożyłem na siebie buty oraz jasną, jeansową kurtkę i trzasnąwszy drzwiami, wyszedłem z mieszkania, sprawdzając uprzednio czy mam klucze w kieszeni.
Jakąś przecznicę dalej mieliśmy małe Tesco, więc ruszyłem w tamtą stronę, wkładając ręce do kieszeni spodni. Nagle zatrzymałem się. Coś mi tu nie pasowało. Nie obracałem się, tylko stałem, jak kołek, bojąc się spojrzeć na range rovera, zaparkowanego na parkingu. A dokładniej bałem się spojrzeć na osobę, która w nim siedziała.
Po chwili otrząsnąłem się. Nie, to nie mógł być on. Przecież pewnie nadal leży w szpitalu. Co ja wyprawiam? Przecież jedna przygoda nie mogła do końca mojego życia mnie prześladować. Cóż…
Widocznie ta mogła. I będzie.
Wcisnąwszy ręce głębiej, zgarbiłem się i ruszyłem do Tesco.
Nie wiedząc, że wzrokiem odprowadza mnie posiadacz cudownych, hipnotyzujących szmaragdowozielonych oczu.
Poniedziałek, 19:14
Sterczałem pod mieszkaniem Georga już trzeci dzień, ale jakoś nie odważyłem się zapukać do jego drzwi, ani nic. Co bym niby miał mu powiedzieć?
„Hej, jestem Harry, wiesz, tego co uratowałeś do śmierci i chciałem ci podziękować za to, że żyję.”
Oklepane, pomyślałem, opierając czoło o zimną, skórzaną kierownicę mojego range rovera; nie miałem żadnego pomysłu na jakiekolwiek sensowne zdanie.
Gdy zobaczyłem w sobotę, jak ktoś wychodzi z domu, od razu wiedziałem, że to ON. Nie miałem pojęcia, dlaczego, ale po prostu wiedziałem. Te brązowe włosy i oczy… oczy tak ciemne, że nie mogłem się na nie napatrzeć, mimo, że spojrzał na mnie tylko przez sekundę. Już myślałem, że wtedy mnie rozpoznał, prawie umarłem na atak serca… ale on się odwrócił. Czy byłem rozczarowany? Częściowo może tak.
George naprawdę mnie zaintrygował. Miałem w końcu szansę poznać kogoś podobnego do mnie… i nie wykorzystałem tej szansy. Uciekałem przed nią. Może dlatego, że się po prostu… bałem.
Czego? To proste.
Że mogę go pokochać.
Siedząc w moim aucie, nawet nie zauważyłem, że ktoś pojawił się na ulicy. Momentalnie moje serce zamarło. To był ON. Z tym czarującym uśmiechem, topiącym lody i nonszalancją, której mogłem mu pozazdrościć. Ale uśmiech zachował tylko na chwilę. Gdy skończył rozmawiać przez telefon, na jego twarz wstąpił smutek, powracając na należne mu miejsce.
Wiedziałem, czym jest ta pustka w jego oczach. Błaganiem o pomoc.
George włożył ręce do kieszeni bluzy, szukając kluczy. Widziałem, jak wyjmuje je i wkłada, przekręcając w dziurce. Pchnął drzwi, które otworzyły się i wszedł do środka. Teraz albo nigdy.
Poszperałem w aucie i znalazłem kawałek jakiejś kartki i ołówek. Idealne. Szybko nabazgrałem słowa i truchtem podszedłem do budynku, zostawiając otwarte auto. Wsunąłem kartkę przez otwór na pocztę i zadzwoniłem. Uciekając, miałem nadzieję, że mnie nie widać. Z prędkością światła wsiadłem do auta, odpaliłem silnik i ruszyłem przez siebie.
Byłem tchórzem.
***
Wkurzony, rzuciłem się do drzwi, chcąc je otworzyć, gdy nagle zauważyłem, że na podłodze leży mała, zgięta w połowie karteczka. Nachyliłem się i podniosłem ją, czując, jak strzyka mi w kręgosłupie. Przyglądałem się świstkowi, zastanawiając się, jak to się tu znalazło. Otworzyłem drzwi, ale nikogo przed nimi nie zastałem. Pewnie jakiś żart.
Chcąc zobaczyć, co jest napisane na kartce, rozwinąłem ją.
I myślałem, że będę musiał usiąść, bo zaraz zemdleję.
To był ON.
Dziękuję za uratowanie życia. Jutro w „Grenade” o 21:00? Harry xx
Oparłem się plecami o ścianę i zjechałem na podłogę, trzymając karteczkę z drobnym pismem Harry’ego w dłoni. To się nie działo, to się nie działo… a jednak. Harry Styles zaprosił mnie na spotkanie, do tego do klubu. Pewnie i tak to nic nie znaczy, ale… „Grenade” nie jest zwykłym klubem. Jest klubem dla gejów. A to mogło oznaczać tylko jedno.
Musiał  też być gejem.
Wtorek, 20:59
Czekałem na niego przed klubem, nie mając nawet cienia nadziei, że rzeczywiście może się zjawić. Było zimno i zaciskałem zimne ręce ze zdenerwowania tak mocno, że pobielały mi knykcie. A jego nadal nie było. Za to kolejka rosła. Wyciągnąłem odliczone pieniądze za wstęp i skierowałem się do ochroniarza, który znał mnie już na tyle dobrze, że obdarzył mnie uśmiechem. Powiedziałem mu tylko, po tym, jak wpisał mnie na listę gości, że przybędzie mój tu kolega George Shelley i żeby go wpuścić, gdy tylko się pojawi.
Nie zostawiałem kurtki w szatni, tylko od razu ruszyłem do baru, prosząc o coś najmocniejszego. Po chwili dostałem od barmana szklankę. Gdy tylko powąchałem ją, dotarło do mnie, że może mnie to ściąć bardziej niż kociołek Panoramixa, ale zdecydowałem, że zaryzykuję. Szczególnie, że miałem plan na dzisiejszą noc, gdyby George stwierdził, że jednak warto się zjawić.
Duszkiem pozbyłem się alkoholu ze szklanki, który palił mi przełyk i ruszyłem na parkiet, by rozruszać go w moich żyłach. Przyczepiłem się do jakiejś dziwnej grupki i tak minęło mi piętnaście minut. Czułem, że mam coraz mniejsze panowanie nad swoimi ruchami, które stały się nie tyle, nieskoordynowane, co… hm, zastanawiające.
Aż nagle poczułem, jak ktoś chwyta mnie za przegub i odwraca do siebie przodem. Na początku byłem lekko zły, że ktoś przerwał mi zabawę, a potem cała krew odpłynęła mi z twarzy.
George stał przede mną, lustrując moją sylwetkę nieodgadnionym wzrokiem.
- Zabieram cię stąd. Nie chcę, bym musiał cię jeszcze raz ratować! – starał się przekrzyczeć głośną muzykę i pociągnął mnie w stronę wyjścia.
Nie stawiałem oporu, byłem jak jagnię idące posłusznie za swoją matką. Jak marionetka poruszająca się w sposób, o który prosi ją lalkarz. W miejscu, w którym nasze dłonie stykały się, czułem ciepło. Przyjemne, ale trochę odpychające. Kojarzyło mi się z duchotą nocy przetańczonej w klubie.
Wyszliśmy na zewnątrz, a George kazał mi usiąść na schodkach, prowadzących do jakiegoś domu. Nie opierałem się, chociaż z łatwością mogłem się mu postawić – był przecież z głowę ode mnie niższy. Zamrugałem, gdy obraz na chwilę mi się rozmazał pod wpływem wypitego alkoholu i z ulgą stwierdziłem, że to tylko przejściowe, bo po chwili karcący wzrok Georga był bardzo wyraźnie widoczny. Uśmiechnąłem się do niego; mogłem śmiało stwierdzić, że stęskniłem się za jego widokiem. Pomijając fakt, że praktycznie go nie znałem.
- Masz, wypij – George podał mi odkręconą butelkę wody, którą z wahaniem przyjąłem – Idziemy do apteki, kupić ci coś, żeby alkohol zaraz nie wyżarł ci mózgu.
- Chyba nie ma takiego leku, jest tylko na kaca – rzekłem tonem znawcy, po wypiciu całej butelki duszkiem, po czym zachichotałem. – Możemy iść do mnie do domu. Hahaha, jeśli wiesz, co mam na myśli!
George zarumienił się, po czym pomógł mi wstać; lekko zacząłem się kiwać na lewo i prawo, a nogi plątały się bardziej, niż kilka minut wcześniej.
- JJ i Josh mnie zabiją – mruknął George, ale mnie nie bardzo obchodziło, kim byli JJ i Josh – Chodź, idziemy do mnie.
- Chyba tak dobrze się nie znamy, byś od razu zapraszał mnie do siebie – mówiłem, co mi ślina na język przyniosła, czując jak George chwyta mnie w talii – Ale jestem otwarty na propozycje.
Brązowe oczy George’a pociemniały na kilka sekund, a następnie pokręcił głową, jakby chciał pozbyć się jakiejś namolnej myśli. Wziął ode mnie wodę i wyrzucił opakowanie do stojącego nieopodal kosza na śmieci. Powoli ruszył ze mną ulicą; nie patrzył na mnie, ale wiedziałem, że jego serce musi bić nie szybciej od mojego – które galopowało jak szalone.
Zaśmiałem się gorzko pod nosem, zwracając tym uwagę George’a, który spojrzał na mnie pytająco.
- Wychodzi na to, że znowu mnie ratujesz. Znowu – wychrypiałem, uśmiechając się lekko, a George cicho się zaśmiał.
- Na to wychodzi – odpowiedział, poprawiając sobie moją rękę, przerzuconą przez jego szyję – A to podobno ja potrzebuję ratunku.
- Nie – rzekłem, prawie się potykając, próbując skupić się na myśleniu – ty nie potrzebujesz ratunku, George – rozkoszowałem się przez chwilę brzmieniem jego imienia, które wypowiedziałem, a następnie wróciłem do wyjaśniania – Właśnie, dzięki swojej głupocie, prawie dwa tygodnie temu, uratowałem cię. Nie pamiętasz?
George pokręcił z niedowierzaniem głową.
- Nie, Harry – głos mu drżał, gdy mówił moje imię, jakby było największą świętością – tylko odroczyłeś mój wyrok. Tak przynajmniej mi się wydaje. Prędzej czy później i tak się zabije. Przecież… kto będzie się mną przejmował? Mną, małą, drugoplanową istotką…
- Ja – zareagowałem od razu, aż George spojrzał na mnie zdziwiony; odchrząknąłem – Ja się będę przejmował.
- Dlaczego? Nie znasz mnie – stwierdził George, skręcając w prawo i moim oczom ukazało się nadziemne wejście do stacji metra.
Wzruszyłem lekko ramionami. Nie miałem pojęcia, dlaczego bym tęsknił za nim i dlaczego bym się przejmował. To był tylko George. Albo raczej George. Podobny do mnie, zniszczony przez świat, przez ludzi i życie.
Gdy znaleźliśmy się przed jego domem, od razu w głowie wykiełkował mi dziwny, trochę trudny do zrealizowania plan. I nie, nie miałem zamiaru go do niczego zmuszać. Chodziło raczej o naprawienie nas obu. By poczuć się choć trochę potrzebnymi. Patrzyłem, oparty o framugę drzwi, jak George otwiera je ze skupieniem. Bez mrugania obserwowałem, jak koniuszek jego języka dotyka pełnej i kształtnej wargi i gdy tylko George podniósł głowę, by coś do mnie powiedzieć, zaatakowałem go…
A dokładnie zaatakowałem te jego różowe, cudowne wargi pocałunkiem tak łapczywym, że musiałem chwycić się drzwi, byśmy obydwoje nie upadli. Chociaż nie, jako upadłe anioły, chyba nie mogliśmy po prostu „upaść”.
Moje usta otarły się o jego, prawie je miażdżąc; nigdy nie należałem do delikatnych i ociągających się. Byłem dosyć… bezpośredni. Tak, to dobre określenie. Na początku tylko dotykały się; nie chciałem działać bez jego zgody, więc lekko uchyliłem swoje wargi, chcąc zobaczyć, czy on także otworzy swoje, byśmy mogli w pełni zaznać rozkoszy płynącej z pocałunku… jakie było moje zdziwienie, gdy nie tylko je otworzył, ale także natarł na mnie, pogłębiając go.
Jęknąłem gardłowo, nie mogąc zapanować nad tym dziwnym uczuciem, rozlewającym się po moim ciele; nad tym ciepłem, tą gorączką… przyciągnąłem go do siebie, za włosy, zatapiając w nich palce, pragnąc go jak wygłodniałe zwierzę.
I gówno mnie obchodziło, czy w środku są jego przyjaciele. Dla mnie istniał w tamtym momencie tylko George. I jego skóra. Jego usta. Jego włosy.
Tylko on.
***
Pchnąłem stopą drzwi, zamykając je za nami. Teoretycznie nie powinienem mu pozwalać na coś takiego… ale nie mogłem mu się oprzeć. Pachniał tak zniewalająco, że zapomniałem prawie jak się nazywam i po co tam jestem. Ale to był Harry; już od samego widoku można było dostać zawału. A do tego on mnie jeszcze całował. I nie w sposób natarczywy, ani brutalny, o nie. Bardziej wyczekiwany, namiętny i zmysłowy. Gdy tyko na chwilę oderwałem się od niego, by sprawdzić, by chłopaków nie ma ani w korytarzu ani w salonie i ze spokojem możemy przejść do mojego pokoju, Harry świdrował mnie spojrzeniem swoich zielonych oczu, dając mi jasno do zrozumienia, że chce więcej.
A ja chciałem mu dać to więcej.
I to jeszcze jak.
Po raz pierwszy byłem w takiej sytuacji i wiedziałem, że nieprędko może się ona powtórzyć. Szczególnie, że tyle homoseksualnych lub biseksualnych chłopaków kryje się ze swoją orientacją. A ja mogłem przez jedną noc zasmakować nie zwykłej rodzynki, ale wisienki na samym czubku tortu. O tak, Harry Styles był wisienką wśród innych. Nie dlatego, że był taki pociągający, ale że był taki, jak ja.
Szybkim krokiem przeszliśmy przez korytarz i gdy zatrzasnąłem za nami drzwi mojego pokoju, od razu poczułem, jak zimne ręce Harry’ego ściągają ze mnie kurtkę. W jego ustach dało się wyczuć alkohol, który przeszedł także na mnie. Posmakowałem go jedynie, przez pocałunki.
Moja kurtka opadła na podłogę, tak samo jak jego. Tors opinał mu biały, lekko prześwitujący podkoszulek. Bardzo seksowny podkoszulek, nawiasem mówiąc.
Z cichym piskiem opadłem na łóżko; Harry przygniótł mnie swoim ciałem i otarł się o mnie prowokacyjnie, mając na ustach ten uśmieszek chochlika. Dokładnie mogłem poczuć, jak bardzo był podniecony, nie mniej ode mnie. Taka sytuacja była dla mnie nowością – może dlatego nie mogłem się opanować i chciałem mieć Harry’ego tu i teraz? Otworzyłem szerzej oczy, podczas naszego pocałunku, uświadamiając sobie, że w każdej chwili ktoś może wejść. Nie zamknęliśmy drzwi na klucz.
- Czekaj – odsunąłem lekko Harry’ego od siebie, widząc jak marszczy brwi, nie wiedząc o co chodzi – muszę zamknąć drzwi.
Harry przytaknął w odpowiedzi i zaczął zdejmować sobie spodnie, podczas, gdy ja drżącą ręką przekręcałem klucz w zamku. Z bijącym sercem obserwowałem, jak odpina rozporek i ześlizguje obcisłe rurki ze swoich zgrabnych, długich nóg. O tak, miał naprawdę seksowne nogi. Szczupłe, ale idealnie – nie za nadto – umięśnione. Przejechałem po nich wzrokiem od dużych stóp po wąskie biodra. I wtedy to zobaczyłem.
Bardzo odznaczające się miejsce.
W jego bokserkach.
Przełknąłem ślinę, czując jak w moim gardle formuje się duża gula. Harry widząc, że mu się przyglądam, nadal nie przestając się uśmiechać, gestem poprosił, bym się do niego zbliżył. Powoli, krok za krokiem, zmniejszałem odległość między nami, a serce wybijało mi rytm, jakby zamieniło się nagle w galopującego konia. Chwycił mnie za rąbek bluzki, podwijając ją nieznacznie. Wpatrywaliśmy się w siebie z pożądaniem, oddychając ciężko, a jego bierność powoli zaczęła mi ciążyć.
Otworzyłem szerzej oczy, gdy poczułem, jak palce u jego drugiej ręki powoli suną przez moje przyrodzenie do paska od spodni. Westchnąłem, gdy jego duża ręka potarła mnie przez gruby materiał jeansów. To było bardzo… intensywne. I na pewno inne niż sprawianie sobie samemu przyjemności. Takie… lepsze?
Guzik puścił bardzo łatwo. Nawet nazbyt łatwo, jak dla mnie. Moje ciał pokryło się gęsią skórką, gdy zimne palce Harry’ego delikatnie przemieszczały się po gumce moich bokserek, kreśląc niewidzialną linię przyjemności, od której świat rozmazywał mi się przed oczami. Najchętniej to dawno usiadłbym na nim i widział te cudowne usteczka, pieprzące mnie do końca.
Otrząsnąłem się z dziwnych myśli. Naprawdę to przeszło mi przez głowę? Kto by pomyślał…
Zimno.
Harry jednym ruchem zdjął mi bokserki i spodnie, które wisiały mi przy kostkach. Nie zdążyłem nawet zaprotestować, a już w dolnych partiach zawiało chłodem. Przeciwieństwem do tego były moje usta, które Harry zaatakował, przyciągając mnie do siebie tak, że tym razem to ja górowałem nad nim. Przeciągnąłem się, złączając nasze ciała w jedno, a nasze jęki także zmieszały się w jeden, chrapliwy dźwięk.
Hipnotyzujący dźwięk, oddziaływujący na wszystkie zmysły.
Zanurzyłem dłonie w jego miękkie loki, rozkoszując się gorącem naszych ciał i kontrastującym do tego chłodem rąk Harry’ego, które błądziły gdzieś po mojej talii i plecach. Było w nich coś dziewczęcego – może ta delikatność - , ale jednocześnie bardzo męskiego.
- O kurwa – zakląłem, gdy Harry wygiął się, przyciągając mnie do siebie jeszcze mocniej niż kiedykolwiek; zacisnąłem mocno usta, czując jak dreszcz przyjemności przebiega po całej długości mojego ciała.
Wydałem z siebie coś pomiędzy piskiem, a zaskoczonym sapnięciem, gdy zdecydowana dłoń Harry’ego otoczyła moją długość, a następnie poruszyła się po niej stanowczo. Przymknąłem oczy. Byłem jego.  Tym jednym, zdecydowanym pchnięciem mnie zdobył.
Spijając alkoholowe pocałunki z jego warg, odwzajemniłem jego pieszczotę sprawiając, że drżał pode mną, głośno oddychając. Co chwilę jego oczy znikały za kurtyną z długich rzęs, by pojawić się, jeszcze bardziej zamglone niż poprzednio. Przygryzł wargę, gdy obdarowałem go mocnym pchnięciem, dusząc w sobie jęk.
W napalonym Harrym Stylesie było coś bardzo… naturalnego. Jakby jego twarz została stworzona do tego typu uniesień. Jakby jego usta zostały stworzone do pocałunków, ciało do pieszczot, a głos do artykułowania przeciągłych, pełnych pasji jęków.
Tym bardziej zdziwiłem się, gdy to ja, a nie on wymamrotałem coś, co zaskoczyło nas obu:
- Pieprz mnie.
Nie wiedziałem, dlaczego takie, a nie inne słowa wypłynęły z pomiędzy moich spierzchniętych – od namiętnych pocałunków - warg, ale zarumieniłem się jak nastoletnia dziewczyna i spuściłem wzrok. Pewnie moje policzki przypominały kolorem piwonię, ale nie miałem jak tego sprawdzić. Poczułem, jak dłoń Harry’ego unosi moją twarz tak, bym spojrzał mu w oczy.
- Jesteś tak cholernie słodki, wiesz? Szczególne, jeśli prosisz, bym cię wypieprzył – wyszeptał Harry, sunąc palcami po zarysowaniu mojej szczęki; wydawało mi się, że jego oczy nagle pociemniały, a źrenice rozszerzyły się kusząco – Ale czy na pewno tego chcesz? Czy jesteś gotów, by razem ze mną się stoczyć… George?
- Zawsze – wychrypiałem, wyciskając na jego wargach pocałunek; powolny i gorzko-słodki.
-Więc przygotuj się – odpowiedział Harry, chwytając mnie za przedramiona; w jednej chwili górowałem nad nim, a w drugiej leżałem już przygniatany przez jego półnagie ciało.
Jednym ruchem pozbawiłem go koszulki, ostatniej części garderoby, a następnie pozwoliłem, by ocierał o siebie nasze podbrzusza w niespiesznym rytmie. Czekałem, cały drżąc z podekscytowania, na to, co zaraz miało nastąpić. Czyli ostateczne złączenie naszych ciał w jedno.
- Nie masz lubrykantu, prawda, chłopczyku? – normalnie obruszyłbym się, gdyby ktoś nazwał mnie „chłopczykiem”, ale w ustach Harry’ego brzmiało to tak… podniecająco.
Pokręciłem przecząco głową, by w następnej chwili zassać skórę na obojczyku Harry’ego.
- Cóż – zamruczał, wyciągając język i sunąc nim po moim brzuchu; sapnąłem, targany rozkoszą – trzeba będzie sobie poradzić bez niego.
I bez ostrzeżenia wbił we mnie swój palec. Prawie krzyknąłem z oślepiającego bólu, ale Harry zatkał moje usta pocałunkiem. Trzymał palec dopóki w miarę się nie rozluźniłem i mógł kontynuować.  Był delikatny i doskonale wiedział, jakie kąty doprowadzają do szaleństwa. Szybkimi pocałunkami zgarnął łzy, które zaczęły spływać mi z kącików oczu i uśmiechnął się do mnie łagodnie, jakby mówiąc „Wszystko będzie dobrze, zaufaj mi”.
To dziwne, ale ufałem mu. Bardziej niż komukolwiek.
Moment, w którym zaczął ze mnie wchodzić mogłem określić jednym słowem: chaos. Kompletnie sprzeczne odczucia i uczucia kłębiły się we mnie, sprawiając, że nie tylko ból, ale także przyjemność narastały mniej więcej w tym samym tempie. A potem ból zniknął.
To, czym obdarowywał mnie Harry, kradnąc moje „gejowskie dziewictwo”, było nie do opisania. Nie mogłem wybrać sobie lepszego chłopaka, na przeżycie swojego pierwszego razu. Beztroskiego, ale także rozhulanego. Zimnego lecz delikatnego.
Tak, Harry Styles był idealny. Nie chciał tylko zaspokoić swoich rządz. Chciał, by także  mi było przyjemnie. Dbał, bym przeżywał jak najlepiej ten stosunek. I chociaż obydwoje mieliśmy zapewne o nim trochę inne wyobrażenie, to ja nigdy go nie zapomnę.
Poczułem, że nareszcie jestem dla kogoś ważny, że ktoś mnie potrzebuje. I nawet, gdybym miał więcej nie spotkać Harry’ego, śmiało mógłbym uznać go za mojego spawacza. Naprawiał i scalał ze sobą kawałki mojej rozbitej duszy. A ja sklejałem jego serce. Obopólna korzyść.
Gdy oślepiła mnie orgazmowa rozkosz, moje ciało wygięło się w łuk i poczułem, jak coś ciepłego rozlewa się tam, gdzie normalnie nie powinno, ogarnęło mnie pewnego rodzaju dopełnienie. Jakby to miało zapieczętować mój los. Mój krzyk rozdarł ciszę, mieszając się z jękami Harry’ego.
Stanowiliśmy idealną jedność.
Dwa tygodnie później, Niedziela, 16:45
Siedziałem na drewnianej ławce przy Tamizie, patrząc jak przez most przechodzą ludzie, rozmawiając ze sobą żywo o wszystkim: co ich spotkało, co usłyszeli, co było w wiadomościach i gazetach; co ich zasmuciło, rozbawiło lub pocieszyło. A gdzieś za nimi stałem ja, wrak człowieka.
Harry Demolka Styles.
Przepełniony pustką, ziejącą na kilometr, dziś miałem spotkać się z moim przeznaczeniem. I tak, to przeznaczenie miało na imię George. I tak, nadal jakoś rozmawialiśmy po naszej… hm.. upojnej nocy. Za każdym razem, gdy ją rozpamiętywałem, na moich ustach majaczył dziwny uśmiech, którego nie potrafiłem rozszyfrować. I dlatego też postanowiłem, że dziś rozprawię się ze wszystkimi nurtującymi mnie sprawami.
Ciemnowłosa postać usiadła obok mnie; doskonale wiedziałem, że to ON, ale bałem się na niego spojrzeć. Chyba wiedział, co chcę mu powiedzieć, mogłem to wyczuć w jego przyspieszonym oddechu.
- Dlaczego chciałeś się ze mną spotkać? – zapytał, mierzwiąc włosy; był zdenerwowany. To było dopiero nasze piąte spotkanie ( czy można je nazwać randkami?) od TAMTEJ nocy.
- Muszę ci coś powiedzieć – odrzekłem, nadal na niego nie patrząc.
Zapanowała pomiędzy nami ciężka cisza; słowa nie chciały przejść mi przez gardło, ale wiedziałem, że w końcu będą musiały. Kiedyś…
- Słucham – George zmarszczył brwi, przymykając oczy, gdy snop światła oświetlił dokładnie naszą ławkę.
Westchnąłem, wyginając palce pod nienaturalnym kątem, zastanawiając się, jak ubrać moje myśli w słowa; wychodząc z domu starałem się je uporządkować, niestety, bez skutku.
- Nie wiem, dokąd to wszystko zmierza… - zacząłem, krzywiąc się, jakby słowa sprawiały mi fizyczny ból – ale muszę wiedzieć, co do mnie czujesz.
George spojrzał na mnie, z szeroko otworzonymi oczami, pełnymi zdziwienia.
- Bo jeśli mnie kochasz – dodałem, nie czekając na jego odpowiedź – to nie mówi tego. Proszę.
- Więc co mam powiedzieć? – spytał George, a w jego głosie mogłem usłyszeć smutek.
- Skłam, ten jedyny raz skłam dla mnie – poprosiłem go, czując, jak do moich oczu zbierają się łzy.
- Dobrze – westchnął George, pociągając nosem – Chcesz, żebym skłamał, więc to robię. Nie kocham cię.
Następne co zrobił, to stał i wkładając ręce do kieszeni, odszedł; tak po prostu, jak odeszli ode mnie wszyscy inni, z rozpaczą wypisaną na twarzy, z zaczerwienionymi oczami. Odprowadziłem go wzrokiem, aż nie stał się jedynie małą plamką i zanurzyłem twarz w zimnych dłoniach, nawet nie powstrzymując płynących po policzkach łez.
Just another broken angel has fallen.






--------------------------------------------------

Tak więc... pierwszy one shot, który napisałam. Bardzo zaintrygował mnie ten pairing, dlatego zdecydowałam się napisać coś takiego... i mam nadzieję, że wam się podoba. Jakby co, chętnie odpowiem na jakiekolwiek pytania związane z tym shotem i inne. :)

Zapraszam również na nowy rozdział na moim  BLOGU.

Do następnego shota! xx

środa, 7 listopada 2012

WSTĘP

Hej, witam was, moje drogie czytelniczki (lub czytelnicy, jeśli jakiś mam O.o) w tym "pięknym" listopadowym dniu. Może mnie nie znacie, albo wręcz przeciwnie. Jeśli należycie do tego pierwszego typu czytelników, radzę zapoznać się z moją twórczością w zakładce "kontakt". Tam są dostępne wszystkie adresy moich blogów i także inne dane kontaktowe jak i moje nicki na portalach takich jak Twitter czy Tumblr.

Jeśli należycie do drugiej grupy, które wcześniej wymieniłem, dobrze wiecie, że zajmuję się głównie tematyką związaną z One Direction. Nie dlatego, że ich lubię. Ja ich wprost kocham. (powiedzmy, że w miarę ogarnięty sposób) Nienawidzę, gdy ktoś wytyka mi to, że jestem 18letnią Directioner. To denerwujące. Przecież chłopcy są w moim wieku!

Anyway, ten blog jest głównie do moich one-shotów (opowiadania jak wyżej w zakładce "kontakt") i nie ukrywam, że w większości będą to shoty bromance'owe.

Dlaczego? Ano dlatego, że... bromance to jednak mimo wszystko nieodłączna część tego fandomu :D Takie nas Bóg stworzył i Directioners wcale się nie wstydzą, że kręci ich miłość Męsko-męska.  No i... hm... mnie również ;)

Kiedy pierwszy shot? Jak ogarnę się ze szkołą.
Jaki bromance? Hm, powiedzmy, że was zaskoczę czymś... pozytywnym :)




To na tyle, do napisania xx